Podczas festiwalu RockAutostrada jeden z jurorów zapytał, czy aby Joy Division nie wróciło… Takie wrażenie odniósł każdy, kto chociaż raz był na koncercie Vermones. Sami o sobie mówią jak o małej rodzinie działającej na zasadzie braterstwa krwi… W rodzinnej atmosferze, opowiadali reporterce Radia17 dlaczego łatwiej być zdolnym niż popularnym ,gdzie jest granica bycia niezależnym i… czy alternatywa w ogóle istnieje?!
Justyna Czarna
Mateusz Suchecki (Vermones): Na początku wywiadu powiem jeszcze raz to, co powiedziałem podczas dzisiejszego koncertu – chcę bardzo serdecznie podziękować ekipie Radia17 oraz Dachoofki za to, że w ogóle mogliśmy się tutaj znaleźć, bowiem bez ich pomocy to wszystko zwyczajnie nie doszłoby do skutku.
Justyna Czarna (Radio17): Wiemy już zatem w jakich okolicznościach rozmawiamy. Muszę się przyznać, że bardzo cenię Waszą muzykę. Wiem też, że nie ja jedna. Macie już swoją grupę fanów, osób które czekają na Wasze nowe utwory i chcą Was słuchać.
MS: Ta grupa powoli się formuje przez to, że ostatnimi kawałkami określiliśmy brzmienie, które chcemy mieć jako zespół. Tych utworów nie graliśmy jeszcze publicznie, dzisiaj był ten pierwszy raz.
JC: Kierowaliście się w określaniu ostatecznego brzmienia opinią tych ludzi, wiecie czego oczekują od Was fani?
MS: Wydaje mi się, że robimy to tak, jak czujemy. Teraz mamy takie poczucie grając te numery, że to jest właśnie brzmienie, o które nam chodziło, gdy zakładaliśmy zespół. To oddziałuje także na nasze wcześniejsze prace. Wszystko, co teraz gramy brzmi dojrzalej, niż w czasie, kiedy zaczynaliśmy komponować pierwsze utwory.
JC: Jak wygląda proces tego komponowania? Czy jest to wizja jednego człowieka, czy dochodzicie do całości brzmienia wspólnie?
MS: Jest pomysł i tekst. Zaczyna się od pojedynczego riffu, a potem dogrywamy resztę pod dyktando wspólnej pracy.
Albert Przymus: …potem walczymy na zasadzie „ja bym zrobił to tak”, „a ja tak” i powoli, powoli partiami kończymy kawałek. Nie może być tak, że ktoś przychodzi i mówi każdemu jak ma grać.
MS: …tak, jest zarys melodii, później dochodzą słowa, ostateczna instrumentacja.
Filip Golis: …i oczywiście aranżujemy numery. Zapisujemy je w nutach, żeby było je łatwiej grać na koncertach.
MS: Hmm… W nutach to bym nie powiedział, ale zdarzyło nam się nagrać całą próbę na mikrofon i już wiemy, że naprawdę dużo można dzięki temu zyskać. Dzięki takim nagraniom zostają w pamięci różne ciekawe fragmenty, które później możemy wykorzystać. Gdy coś zrodzi się podczas wspólnego jammowania, łatwiej jest nam to odtworzyć drugi raz. Możemy też do tego wracać, bo mamy nagranie.
JC: Kłócicie się?
AP: Bardzo!
FG: Trochę tylko…
Konrad Kubalski: Nie kłócimy się.
MS: Ja bym powiedział, że jesteśmy całkiem zgodni. Jak jedna wielka rodzina… a nawet nie wielka, tylko mała – ale działająca na zasadzie braterstwa krwi. Rozumiemy się doskonale. (śmiech)
FG: Uważam, że muzycznie naprawdę dobrze się rozumiemy i nie możemy sobie zarzucić, że nie potrafimy się dogadać i znaleźć kompromisu w brzmieniu, tudzież w aranżacji, czy kompozycji ogólnej. Jedyna rzecz, nad którą wszyscy się zawsze zastanawiamy i spekulujemy to wybór kawałków, które będziemy grać na koncertach. Chociaż zawsze udaje się nam wyłonić „te jedyne”. Mimo to, wiadomo, że każdy z nas ma swój ulubiony, z którym czuje, że dobrze wypadnie. To jest jedyny moment, kiedy prowadzimy zaciętą dyskusję.
MS: Warto dodać, że nie tylko w kwestii muzycznej dobrze się rozumiemy. U nas odbywa się to tak samo jeśli chodzi o życie codzienne. Możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Jesteśmy przede wszystkim bardzo dobrymi przyjaciółmi, a to jest ważne, jeśli chcemy dobrze funkcjonować jako zespół.
JC: Czy w Polsce łatwiej jest być zdolnym czy popularnym?
MS: Nad tym pytaniem trzeba by się głębiej zastanowić. Wydaje mi się, że teraz potrzeba dużego szczęścia, ale mimo to uważam, że łatwiej być zdolnym… musiałbym chyba napisać o tym jakiś esej. (śmiech)
AP: Zdolna osoba po prostu nią jest, a jak się jest tylko popularnym, to trzeba gonić za wytycznymi.
MS: Jeśli natomiast chodzi o scenę alternatywna, która w Polsce jeszcze nie istnieje, ale powoli się tworzy, to jest ogrom ciekawych zespołów, bardzo zdolnych muzyków, którzy próbują coś zdziałać. Jednak do popularności jeszcze daleko, potrzeba czasu, dużo szczęścia i kogoś, kto może pomóc – i będzie chciał pomóc – to jest najważniejsze, bo osób, które mogłyby nam pomóc, spotkaliśmy już mnóstwo, ale jeszcze żadna nie chciała popchnąć tego z własnej woli.
JC: Gdzie jest ta granica miedzy chęcią bycia niezależnym, alternatywnym, a popularnością… Czy już ją wyznaczyliście dla Waszego zespołu?
FG: Chyba nie ma takiej granicy, a jeśli jest to ciężko ją określić. Jedyne, co można zrobić, to podzielić zespoły na te, które rzeczywiście grają typowo pod publikę, typowo komercyjnie i alternatywne, które według mnie mają jakiś swój styl. To też kwestia tego, w jaki sposób mierzymy niezależność zespołu. Jeśli oznacza ona robienie czegoś kompletnie nowego, zwariowanego, gdzie jest szaleństwo nazywając to alternatywą, to będzie można to w jakiś sposób rozgraniczyć. Jeżeli chodzi o styl tworzenia, komponowania, a może nawet bardziej brzmienia, czy podejścia do tej muzyki to nie można tego określić.
MS: Bardzo nie podoba mi się termin muzyka niezależna, alternatywna. Nie wiem co kryje się pod tymi słowami i czy coś takiego w ogóle istnieje. Każda muzyka trafia do tych samych uszu. Skupiając się na naszym rodzimym rynku wydaje mi się, że w Polsce jest coraz większe zapotrzebowanie słuchaczy na coś dojrzałego, co niesie z sobą jakiś przekaz. Na muzykę, po przesłuchaniu której coś w tobie zostaje. Ta potrzeba rośnie systematycznie, a w końcu to wszystko zostanie przezwyciężone i pokonamy plastik. To jest najważniejsze.
AP: Małą przeszkodą jest język angielski. Niewielka garstka słuchaczy jest na tyle zainteresowana, by być w stanie poszukać sobie tekstów, może nawet je tłumaczyć. Te teksty zawsze gdzieś są, nigdy nie są schowane, potrzeba tylko zadać sobie trud, żeby zrozumieć piosenkę, a nie szukać wielkich interpretacji co autor miał na myśli.
JC: Chyba często zarzucają Wam to, że śpiewacie tylko po angielsku..
FG: Ten temat był już nie raz poruszany, ale warto dodać jeszcze raz, że dostęp do muzyki alternatywnej dla osób nią zainteresowanych jest bardzo łatwy. A jeśli chodzi o zrozumienie tekstu, to jest już kwestia lenistwa. Słuchając tylko tej muzyki, która jest w jednej, dwóch najpopularniejszych stacjach radiowych, czy telewizyjnych, trudno dotrzeć do muzyki alternatywnej, bo jej tam nie ma. Nie mniej jednak, każdy z nas spotyka wiele osób, które nie ograniczają się tylko do tych stacji, a szperają w necie i szukają. Szkoda, że znacząca większość ogranicza się do muzyki zespołów puszczanych w stacjach komercyjnych.
JC: Jaka jest Wasza opinia na temat kondycji radia w Polsce? Czy mamy jeszcze jakąś stację odpowiednią dla tych szukających muzyki osób?
MS: Wydaje mi się, że radio w Polsce ma się coraz lepiej. Wiadomo, że takie stacje jak radiowa Trójka, Dwójka, Jedynka zawsze miały duże znaczenie na arenie krajowej. Teraz doszła jeszcze Czwórka, gdzie jest i radio i telewizja. To wszystko powoli posuwa się do przodu i zmierza ku lepszemu. A wszystko przez to, że wzrasta zainteresowanie muzyką, która jest mniej dostępna, przez co jest ona częściej promowana. Do tych stacji dochodzi jeszcze Roxy, Antyradio… to robi swoje.
JC: Czy muzyka to nadal tylko Wasze hobby? Czy macie już za sobą moment kiedy przestała ona być zabawą i zaczęliście o niej myśleć jak o sposobie na życie?
MS: Musimy podchodzić do tego, co robimy profesjonalnie. Nie można wyjść na scenę nic sobą nie reprezentując, bo żeby zagrać przed ludźmi trzeba być pewnym tego, co się robi. Nie można napisać kilku żenujących piosenek z beznadziejnymi tekstami i myśleć, że już jest super… trzeba się nad tym przez jakiś czas poważnie zastanowić i zwyczajnie do tego dojrzeć.
AP: Nie można zrobić świetnej muzyki, dostać od kogoś świetnych tekstów, a potem wyjść i odegrać to jak jakieś maszynki. Mimo wszystko trzeba coś w to włożyć, trzeba pograć parę lat i odnaleźć siebie samego. Trzeba włożyć w to swoje serce. Wtedy wiem, że jak wychodzę na scenę to gram to, co w jakimś sensie kocham. To powoduje, że jest to dla mnie rodzaj zabawy, bo robiąc to bardzo dobrze się czuję, a jednocześnie wiążę z tym jak najbardziej profesjonalne plany.
MS: W muzyce najważniejszy jest przekaz emocjonalny i to, jak bardzo chcemy zainteresować odbiorców własną osobą.
FG: Mogę tylko zgodzić się z chłopakami. Muzyki słucha się po to, aby jakoś ją w sobie odnaleźć, aby było to czystą przyjemnością dla ducha.
JC: Jak oddawać szacunek artystom, którzy tak na Was działają? Jak to się robi w Polsce… bo wiadomo, że kupowanie płyt, muzyki nie cieszy się popularnością…
AP: Mi wystarczy, że ktoś przyjdzie na koncert, a po nim w miejscu, gdzie teraz nakręcana jest ta muzyka – np. Facebook, napisze, że o nas pamięta. Nie muszą domagać się bisów, byle tylko chcieli przyjść na następny koncert, może nawet troszkę na niego podjechać. Zależy mi, żeby nie było ściany między zespołem, a publiką. Chcemy przez naszą muzykę dać ludziom coś dobrego, fajnie, jeśli ktoś spróbuje dać coś w zamian.
JC: Mateusz, Ty piszesz teksty Waszych piosenek. W kontekście tego co powiedział Albert… masz świadomość, że możesz coś ludziom dawać, przekazywać… że możesz na nich wpływać? Jest w Tobie jakieś poczucie odpowiedzialności, za słowa których jesteś twórcą?
MS: Tak, i jeśli taka sytuacja ma miejsce to bardzo się cieszę. Staram się pisać niejednoznacznie, tak, żeby każdy – przez jakiś proces interpretacyjny – odnalazł coś dla siebie.
JC: Co na przykład może znaleźć?
MS: Na pewno dużo odwołań do literatury. Studiuje polonistykę, (śmiech) dlatego one narzucają się samoczynnie, a szukając w odpowiednich źródłach na pewno można konkretne powiązania odnaleźć. Poza tym, inspiracji dostarcza każdy dzień, jakieś bieżące wydarzenia, wszelkie uczucia i emocje. Trzeba być również otwartym na doświadczenia.
JC: Gdybym poprosiła Was o zilustrowanie Waszej muzyki, co byście namalowali?
AP: Ja zadbałbym o kolory. Tylko dwa – czarny i biały.
MS: Konrad bardzo lubi rysować! Co Ty byś dodał?
KK : Uśmiechniętą twarz z rogami! Albo coś, co jest teraz bardzo popularne na Internecie – obraz, na który patrzysz z dwóch stron. Z jednej widzisz coś innego, obracasz – a tam kobieta! (śmiech)
JC: Kiedy tworzy Wam się najlepiej?
MS: Wtedy, kiedy gramy regularnie. Nie ma nic lepszego ponad regularność. Teraz, gdy będziemy wszyscy razem w Krakowie, będziemy spotykać się systematycznie, nawet jeśli to będą tylko dwie próby w tygodniu. Dlatego też myślę, że wszystko będzie posuwało się naprzód, bo naprawdę jesteśmy ostatnio na dobrym kursie. Takie momenty, kiedy zbieraliśmy się na kilka dni w trakcie wakacji, powstawały nowe kawałki, dzięki którym poczuliśmy, że to jest wreszcie to, o co nam chodziło, sprawiają, że musi być coraz lepiej. Ja jestem bardzo dobrej myśli.
FG: Ja bym to zakończył stwierdzeniem, że każda nasza próba jest owocna!
JC: Co sobie udowadniacie tym co tworzycie?
FG: Ja chciałem sobie udowodnić, że jest jakiś sens w tym, że kończyłem drugi stopień szkoły muzycznej. Że wykorzystuję teraz tę muzyczną edukację, która tak długo przebiegała. (śmiech)
JC: Co zrobiliby muzycy zespołu Vermones, gdyby dowiedzieli się, że jutro jest koniec świata?
FG: Nagrali drugą epkę!
AP: Ja bym spędził czas z dziewczyną.
MS: A ja oczywiście z moją narzeczoną. Aaa! I pewnie przyjechałbym jeszcze na festiwal RockAutostrada, by zjeść tę przepyszną kiełbasę, która jem teraz. (śmiech)
JC: Jaka ostatnia piosenkę, chcielibyście usłyszeć?
MS: Zdecydowanie „Atmosphere” – Joy Division. Wyobraziłbym sobie teledysk zrealizowany przez Anthony’ego Corbijna…
FG: Ja może „Violet Hill” – Coldplay.
AP: Ja chciałbym „Pictures of you” – The Cure.
Vermones: „Jeszcze taka autoreklama z naszej strony, a raczej wołanie o pomoc. Taki nawet lament. Nie musi być luksusu, mogą być dywany na ścianach, żeby tylko było trochę miejsca i było ciepło. Może być blisko do biedronki, dużo papierosów i Johnn’ego Walkera… szukamy sali prób”. (śmiech)
Podobne wpisy:
