CHEE-PSY: Jestem szczęśliwy z tym, co mam

Autor: Bartek Kicior

Dachoofkowy festiwal powoli dobiega końca, ale to nie oznacza, że zwalnia tempo. Z Trzech Psów zrobić Chee-Psy i scalić grunge z hardcorem? Da się! Przedostatni koncert iskrzył energią i rockowym pazurem. A tuż po występie Paweł Korta, wokalista zespołu Chee-Psy, opowiedział nam o zespole, o klasykach rocka, o historii muzyki, która ponoć jest cykliczna i przygodzie na Mazowszu.

Radio17: Koncertowaliście w Krakowie już nie raz – jak grało się dzisiaj na zaściankowej scenie?

Paweł Korta: Uważamy koncert za udany i za przyjemną przygodę. Jak to zawsze bywa, staraliśmy się dać z siebie wszystko i wydaje mi się, że było nieźle z naszej strony, w sensie czysto muzycznym i artystycznym. Liczymy na częstsze pojawianie się w Zaścianku, ale też i w innych miejscach w Krakowie. Faktycznie, graliśmy już parę razy w tym mieście, zawsze było bardzo sympatycznie, ale tutaj jest specyficzna amtosfera. Jest sporo młodych ludzi, studentów i widać, że przyszli oni nie tylko się rozerwać, ale też posłuchać naszej muzyki, a to dla nas jest najważniejsze.

R17: A co z waszymi najbliższymi planami? Za niedługo macie wypuścić demo, ale przed wami jest też pewnie sporo koncertów. Skupicie się na muzyce granej na żywo, czy na nagrywaniu?

PK: Demo w zasadzie jest już gotowe od jakiegoś czasu, teraz kompletujemy resztę numerów na profesjonalną płytę. Nie ukrywam, że zbieramy też pieniądze. Staramy się tego dokonać przez takiego serwisy jak MegaTotal, gdzie Chee-Psy istnieją już od jakiegoś czasu i zbierają, dzięki naszym udziałowcom, pieniądze na dobrze wydaną i wypromowaną płytę. Próbujemy też innych serwisów, na przykład Łowimy Talenty, gdzie wciąż staramy się zyskać rozgłos. Planem w zasięgu najbliższego roku jest wypuszczenie albumu i takie mocne uderzenie, pójście do przodu. W tym momencie jesteśmy na etapie poznawania się i próbowania. Co prawda, zespół istnieje już od dawna, natomiast w tej konfiguracji, z takim repertuarem i w takiej stylistyce działamy dopiero od ponad roku, dlatego ogrywamy się jeszcze, jeździmy, koncertujemy i promujemy. Wszystko po to, aby wydając już profesjonalną płytę mieć już jakieś zaplecze. Zbieramy doświadczenie i zmieniamy naszą muzykę – następne utwory będą już nieco inne, nowocześniejsze niż teraz.

R17: Kiedy dokładnie można spodziewać się albumu?

PK: Bezpiecznie mówiąc, będzie rok przyszły, 2012 rok. Mamy już w zasadzie materiał na całą płytę, chcemy jednak dogadać pewne rzeczy z producentem. Z masy utworów chcemy wybrać te najlepsze, to nie ma być płyta, która będzie pierwszym albumem jakiegoś tam zespołu, tylko chcemy, aby była ona ważna. Wiadomo, że nie uderzamy w komercję i publiczność masową, która będzie ją kupowała, tylko w pewną niszę, ale chcemy, żeby ta nisza była naprawdę zadowolona z tego produktu.

R17: Czyli narzędzie jakim jest Internet odgrywa ważną rolę w istnieniu waszego zespołu?

PK: W tym momencie jest to dla nas bardzo ważne i tak naprawdę dużo nam daje. Sytuacja jest teraz taka, że ciężko dotrzeć do słuchacza inaczej niż przez Internet. Wiadomo, telewizja jest okupowana w głównej mierze przez muzykę komercyjną, radio komercyjne, nie biorąc pod uwagę nielicznych stacji, też jest opanowane przez taką muzykę. Żeby być dobrze wypromowanym trzeba po prostu radiu zapłacić, takie są realia. Dlatego musimy inną, trochę partyzancką drogą docierać do tych ludzi, a jest to możliwe, są na to nawet przykłady. To dobra droga, ponieważ jest najlepszym współczesnym narzędziem komunikacji międzyludzkiej.

R17: Myślisz, że taka niszowa muzyka ma szansę przebić się do mass mediów, do telewizji, do radia, czy będzie tkwiła w undergroundzie przez długi czas?

PK: Trudno powiedzieć, historia uczy, że nieraz muzyka, która nie była społecznie na topie, staje się nagle pożądana. To koło historii, taka spirala, która się toczy – jedno odchodzi, przychodzi następne. Ta tendencja się cały czas odwraca. Był czas, kiedy muzyką undergroundową był jazz i blues, potem przerodził sie w rock’n’rolla, a ten stał się muzką mas. Później to rock’n’roll zszedł do podziemia. Były tam jeszcze zrywy w latach 80, 90., na przykład grunge, New Wave Of British Heavy Metal, ale nadeszły lata 2000 i ta muzyka rockowa walczy z mnogością innych gatunków. Teraz jest czas muzyki elektronicznej, r’n’b, czegoś takiego. Z jednej strony, to wszystko się miesza i powstają całkiem fajne kolaże, z drugiej, to koło historii zrobi pętlę i ludzie będą szukać muzyki żywej, dużo żywszej niż taka mechaniczna.

R17: Za jaki czas, według Ciebie, to może nastąpić?

PK: Gdybym to wiedział, to byłbym milionerem! Mam nadzieję, że to nastąpi, chociaż nie mam na myśli jakiejś dominacji, bo różnorodność gatunków jest naprawdę fajna i dobrze, że są różne gatunki, różne style. My gramy akurat taką muzykę, robimy to od wielu, wielu lat. Na razie się rozwijamy i wiemy, że to prawidłowa droga, bo naprawdę jest dobrze, kiedy człowiek pójdzie w tereny, w których nawet nie czuje się pewnie, musi przełamać w sobie pewne blokady, dużo nam to daje i jeżeli komuś jeszcze sprawia to przyjemność, to świetnie. My nie chcemy robić jakieś światowej kariery, to znaczy – świetnie by było, ale jestem szczęśliwy z tym, co mam. Nie ma w tej materii żadnej presji, czujemy się wolni i nikt nam nic nie każe.

R17: W swojej biografii napisaliście, że członkowie zespołu zajmują się różnymi innymi projektami, więc rodzi się pytanie, czy teraz skupicie się na tej kapeli odstawiając inne?

PK: To fakt, tych projektów jest kilka. Są to różne zespoły, z którymi mieliśmy pewne epizody. To coverbandy, jak 4 Szmery, projekty jazzowe, funky. Traktujemy to jako przygody, w takim sensie, że Chee-Psy mają priorytet. Taki jest u nas warunek, tak się umówiliśmy, że traktujemy to poważnie. Oczywiście, że dopuszczamy granie w innych zespołach, każdy z nas ma inne fascynacje, inne przygody i jest to ok, bo zawsze można nabyć jakiegoś doświadczenia. Dlatego nie mamy jakiejś klauzuli wyłączności. Pewnie w miarę naszych koncertów i rozwoju grupy, to się będzie redukowało samoczynnie.

R17: Łączycie w swojej muzyce różne style, różne brzmienia – wszyscy w zespole mają takie różnorodne gusta?

PK: Każdy z nas ma swoje rozmaite fascynacje muzyczne, ale mamy też element wspólny, który przekazujemy w zespole Chee-Psy. Wszyscy wychowaliśmy się na tradycyjnej muzyce rockowej, na bluesie, na Led Zeppelin, na Doorsach, na Beatlesach, Stonesach. Przechodziliśmy też, rzecz jasna, erę grunge’u. To jest wspólnym trzonem, natomiast każdy ma jeszcze inne, swoje fascynacje, które wpływają jakoś również na zespół, ale nie zawsze można to wprost przenieść. Ja lubię słuchać muzyki poważnej awangardowej i ciężko byłoby to połączyć z szeroko pojętą muzyką rockową. Musimy stworzyć jakiś kompromis, wyrzec się pewnych swoich muzycznych wygłupów i odjechanych rzeczy i jakoś się dogadać.

R17: Powiedziałeś o klasykach muzyki rockowej, powiedz mi, co możemy jako słuchacze i jako muzycy czerpać od klasyków?

PK: Jest to na pewno jakiś wzór, do którego należy się odnieść. Wiadomo, że muzyka rockowa miała swoje apogeum z końcem lat 60., początkiem 70., kiedy została zdefiniowana. Powstał podział, rytm, sposób narracji gitarowej, wokalnej. Wtedy to wszystko się narodziło i niewiele się do dziś zmieniło. Przesterowano gitary, obniżono stroje, ale to cały czas to samo w muzyce rockowej, dlatego ten wzór jest ważny. To jest po prostu korzeń, jeżeli chce się coś poznać, to trzeba sięgnąć do najpierw do źródła. Nie zapominając oczywiście o tym, co się dzieje później, ale że poznać ciąg jakiegoś zjawiska, należy poszukać tej praprzyczyny, pierwszego pierwiastka. Pomijając to, że rock też się naturalnie z czegoś zrodził, nie ma co sięgać tak daleko, bo doszedłbym do czasów archaicznych i bębna szamańskiego. Trzeba o tym myśleć, myślenie o muzyce też jest ważne, bo w życiu muzyka samo granie nie wystarcza. Ja też jestem słuchaczem i lubię śledzić historię muzyki. Widzę, co już było. Ktoś puszcza mi jakiś nowy zespół: „Super grają, patrz, jacy są świetni, jakie wymyślili rzeczy”, a ja mówię: „Słuchaj, to było w roku ‘64., grał to ten facet, na mandolinie”, no i jest zdziwienie. Puszczam i faktycznie. Wiadomo, że nie było tego sprzętu, ale pewne rzeczy powstały już wtedy. Można powiedzieć, że popkultura to zaburza, bo jest ahistoryczna, dla niej nieważne jest, co było kiedyś, tylko co jest teraz, na numerze 1. A szkoda, warto sięgać do tych obszarów, bo są tam świetne rzeczy. Ja mówiłem o Led Zeppelin i tak dalej – to są zespoły znane, sztandarowe, jest też wiele naprawdę świetnych zespołów robiących rzeczy, które się ludziom w roku 2000 nie śniły. Jest to bardzo ważne, nie należy natomiast tkwić za bardzo w tym. To zostało zagrane kiedyś chyba najlepiej jak się da. Trzeba mając tą wiedzę, robić takie rzeczy, żeby ktoś za 30 lat powiedział tak samo o tym.

R17: Skąd w takim razie pomysł na śpiewanie po angielsku? Było to podyktowane tą inspiracją klasykami?

PK: Ponieką tak, ale też wynika to z tego, że w muzyce rockowej ten język lepiej brzmi, jest taki giętki. Podjęliśmy wspólnie taką decyzję i zawsze teksty były w języku angielskim. Trochę się to teraz zmienia w stronę polskiego, dlatego że polski słuchacz lubi, jak rozumie, o czym się do niego śpiewa, nie każdy zna angielski, nie zawsze na koncercie to słychać. Najnowsze projekty, które są w trakcie realizacji są w języku polskim. Ja też się przekonuje do niego. Nie to, że się tam wstydzę, czy nie umiem, tylko próbuję wydobyć z niego to, co jest fajne. Da się to zrobić, co udowodniło już wielu: Kazik, Hey. Angielski był startem naturalnym, teraz przechodzimy zmianę. Myślę, że już nowa płyta będzie w większości po polsku.

R17: Ta zmiana bardziej jest podyktowana waszymi preferencjami, czy słuchaczem?

PK: Tutaj bierzemy pod uwagę słuchacza. Muzyki nie chcemy zmieniać, bo to język międzynarodowy. Widzę natomiast, że polski lepiej trafia do słuchacza. Nie wyobrażam sobie niektórych naszych kawałków inaczej niż po angielski, bo są już tak mocno wrośnięte w naszą świadomość i ciężko byłoby to czymś zastąpić, są też rzeczy, które chcemy przerobić. Jest to bardziej komunikatywne.

R17: Uważasz, że taką muzykę da się w Polsce rozpropagować? Da się trafić do tej odpowiedniej grupy odbiorców?

PK: Jest jakaś szansa. W tej całej, szarej masie społeczeństwa, która słucha tego, co każą jej media, są ludzie, którzy szukają czegoś innego, szperają po Internecie, po sklepach muzycznych. To jest nasz adresat, nie jest liczny, ale cenny. To jak z kamieniami nad rzeką – nie są cenne, bo jest ich dużo, a brylanty są rzadkie, więc są cenne. Tak też ich traktujemy. Masz jedną, ukochaną osobę i jest dla Ciebie warta więcej, niż wszyscy inni.

R17: Skąd pomysł na taką oryginalną nazwę?

PK: To był przypadek. Szczerze mówiąc, ja nie byłem za nią. Raz jadąc na Mazowsze zatrzymaliśmy się w motelu, żeby coś zjeść. Gdy tam weszliśmy, nie zobaczyliśmy tam nikogo, tylko przy ladzie były „Trzy Psy”. Rozśmieszyło nas to i stwierdziliśmy, że to dobra nazwa dla zespołu, skoro taka historia się nam przydarzyła. Jednak Trzy Psy byłoby banalną nazwą, więc postanowiliśmy to zangielszczyć. Nie chodzi o chipsy w sensie niezdrowego pokarmu i to nic wspólnego z jedzeniem nie ma. Oprócz hasła: „Są Chee-Psy, jest impreza!”

R17: Jaki jest teraz według Ciebie status muzyka w Polsce?

PK: Zależy z jakiego punktu się na to patrzy. Ja mam nieco inne spojrzenie, niż ogólne, globalne. Pytanie, czy muzykiem jest ktoś, kto gra świetne rzeczy u siebie w piwnicy i nagrał nawet fajną płytę, ale mało kto go zna, bo jego muzyka jest trudna albo nieczytelna dla odbiorców, czy ten, który jest codziennie w telewizji i zarabia na tym niezłe pieniądze. Jeżeli ktoś muzykę traktuje poważnie i chce coś do niej wnieść, to jest to ciężkie życie. Kiedy zaczynałem w latach 90., każdy muzyk rockowym był swego rodzaju bohaterem, grał w zespole i takie tam. Teraz inaczej się na to patrzy, raczej jak na kolejnego, zwykłego człowieka. Jak przyjeżdża, na przykład Doda, to ktoś może powiedzieć, że to muzyk, ktoś inny, że to żaden muzyk. Ja nie wartościuje, tylko chcę powiedzieć, że trudny jest określić, kto jest muzykiem. Według mnie trzeba wnosić coś do tego. Sztuka jest wartością samą w sobie i nie można jej mierzyć ilością sprzedanych płyt. Czasem odkrywa się nieznanego człowieka sprzed lat i ktoś mówi: „Jakie to było wspaniałe”. Jeśli ktoś wytwarza jakąś nową jakość, wprowadza coś w jakimś nowym zestawieniu, to jest dla mnie muzykiem. Ktoś grający wciąż to samo, nie poszukujący, grający tylko dla pieniędzy, to nie jest muzyk, jest pracownikiem. To nie znaczy, że robiący świetną muzykę nie mogą na tym zarabiać. To najlepsze, co może się zdarzyć.

R17: I tego bym wam życzył! Dzięki wielkie za rozmowę:)

Podobne wpisy:

  1. MUKA: Nie chcę być bombardowany przez radio!
  2. DON’T BE A POOR PERSON: Są ludzie którzy chcą szczerze grać rock and rolla
  3. CZAQU: GRAMY TO, CO GRA NAM W DUSZY!
  4. CHEE-PSY – 22 marca 2011
  5. BROWN: Puszcza, piwo, sex i koniec świata