Są młodzi i zdolni. Do tego z ciekawym pomysłem na siebie, który narodził się w na Krakowskim śródmieściu. Camero Cat, bo o nich mowa to zespół łączący w sobie groteskę i rockowe brzmienie. Zespół, balansujący pomiędzy lekko neurotycznymi balladami Nicka Cave’a, a absurdalnym światem Tima Burtona. W proporcjach, które przyprawiają o dreszcze.
KAJA POZNAŃSKA : Kantor, Fellini, Tom Waits? Gdzie zaczyna się pępowina zespołu?
CAMERO CAT: Pępowina u Kantora, jak nic. Jesteśmy dziećmi Kantora. Poznaliśmy się dzięki naszym rodzicom. Julka i ja jesteśmy rodzeństwem (Julia Renczyńska i Ksawery Renczyński – przyp. red). Nasz tata i tata Jima pracowali u Kantora. Byli aktorami, dźwiękowcami, lubili się z nim. Stąd się znamy, więc pępowina zdecydowanie jest tam.
K.P.: Uprzedziliście moje następne pytanie. Chciałam zapytać czy jesteście rodzeństwem, czy może małżeństwem jak White Stripes, a Jim jest waszym adoptowanym synem ?
CC: To Jim adoptował naszą dwójkę, zdecydowanie (śmiech).
K.P: A ta pępowina jest długa, czy chcecie już ją odciąć?
CC: Dlaczego mielibyśmy się odcinać od czegoś, co jest tak dobre? Nie, od Kantora nie mamy zamiaru się odcinać. Może kiedyś sięgniemy jeszcze głębiej. O ile nie jest to świętokradztwo.
K.P: Kraków, to dosyć konserwatywne miasto. Faceci w golfach, jakiś kontrabas, ewentualnie gitara ,jazz… Trudno było, trudno jest się przebić?
CC: Jesteśmy przebici? (śmiech) Przebijamy się w każdym bądź razie. Nie wiemy czy jest łatwo czy trudno, ale bez względu na to próbujemy to robić. Staramy się jak możemy, wszystko w miarę możliwości.
K.P: Niecodziennie w głowach uczniów dajmy na to z Nowej Huty( bo jak wiem pochodzicie z Krakowa) rodzi się pomysł na zespół, na muzykę taką jak wasza. Skąd taka idea?
CC: Jesteśmy z centrum Krakowa, przy samym Rynku narodził się ten pomysł.
K.P: Ale jak?
CC: Nie wiem… graliśmy muzykę , uczyliśmy się grać na instrumentach i uczyliśmy się, co to jest muzyka w ogóle. To były zabawy z dźwiękiem poprzez to, czego słuchaliśmy, jak mieliśmy po naście lat. Słuchaliśmy wtedy Blinka, Green Day-a, w ogóle punk rocka . Do tego deskorolki, głupie żarty o dupach i tym podobnych rzeczach. Te klimaty. Później nastąpiła rewolucja i taki właśnie pomysł… Dorośliśmy, zaczęliśmy słuchać innej muzyki, i nagle się okazało, że muzyka jest bardzo głęboką dziedziną, w której można bardzo wiele rzeczy znaleźć, wiele odkryć.
KP: Po obejrzeniu Waszego teledysku, pierwsze co pomyślałam, to – za dużo Tima Burtona…
CC: Wiesz co, jednym z ważniejszych dla nas filmów był „The Nightmare Before Christmas”. Wtedy zrodziło się w głowie – Boże święty, jaka fajna muzyka! Tima Burtona oglądaliśmy od zawsze, ale „The Nightmare Before Christmas”, to coś innego, Trochę jakby forma słuchowiska , bardzo muzyczny film. No, on trochę zrył nam beret. Trochę zaczerpnęliśmy właśnie z twórczości Tima Burtona, bo ona jest nam bliska – taka dziwaczna i niecodzienna.
K.P: Do Waszego zespołu dołączyła niedawno wiolonczelista, klawisze i perkusja. Planujecie poszerzyć zespół o jakieś instrumenty, nie wiem, na przykład flet poprzeczny?
CC: Jeszcze jest dużo czasu, to są bardzo dalekosiężne plany, ale planujemy kwartet smyczkowy i całą orkiestrę za nami. Ale na to trzeba dużo pieniędzy (śmiech). Na razie jesteśmy w tzw. składzie wyjściowym i to z niego będziemy się rozrastać w miarę możliwości, czasu i pomysłów.
K.P: A kto pisze teksty?
CC: Bywa różnie. Fragmenty tekstów powstają w życiu. Trzeba mieć ,,uszy szeroko otwarte” i notes, bo nie wiadomo, kiedy ktoś coś powie. Mamy dwójkę bardzo bliskich znajomych . To kolorowi ludzie. Oni co prawda nie piszą tekstów, ale spędzony z nimi czas, to czerpanie inspiracji pełnymi garściami.
Wszystkie spostrzeżenia składamy do kupy. To trochę jak z puzzlami. Dopiero jak się je złoży, powstaje całkiem fajny obraz.
K.P: Dlaczego angielski? Język polski nie jest poetycki?
CC: Jest bardzo poetycki! Jest jednym z najbardziej poetyckich języków do pisania! Ale język strasznie narzuca melodyjność, to po pierwsze. Po drugie – angielski jest o tyle fajny, że tam prawie wszystko się rymuje, składa się w sylaby, to bardzo rytmiczny język. Polski bardzo ogranicza akcent, który musisz położyć na konkretną sylabę i jak to zmienisz, to tekst przestaje być czytelny. No i pisanie po polsku wymaga już nie lada pióra.
K.P.: A w przyszłości jest szansa na coś w ojczystym języku?
CC: Nigdy nie mów nigdy, zobaczymy. Jeżeli będziemy mieć odpowiedni pomysł na zrobienie czegoś po polsku, to wtedy zrobimy to po polsku. Jednak wydaje mi się, że to, co zrobiliśmy do tej pory inaczej, niż po angielsku być nie może. Brzmiałoby by dziwacznie.
K.P: Chciałam się zapytać o tekst „Just like Alice”. Tam śpiewacie mniej więcej :,, To miejsce jest dziwne, ale bliskie mojemu sercu i będę się cieszyć z tego szalonego kraju”. To o Polsce?
CC: O krainie, która nas otacza w momencie, kiedy razem muzykujemy. Wiadomo – są smutki, doły, różne radości, ale należy to po prostu brać. Nie masz nic innego.
K.P: Na wiosnę ukazała się Wasza płyta. Piszecie już nowe kawałki ? Jest szansa, że usłyszymy dzisiaj coś nowego, coś czego nie ma na płycie?
CC: Dzisiaj będziecie mogli usłyszeć nowa odsłonę, tego co już słyszeliście. Będą nowe, lekko zmienione wersje piosenek i na pewno będzie, to brzmiało ciekawie. Zarówno dla tych, którzy słuchali nas już wcześniej, jak i dla tych, którzy nie znają starych kawałków. Ale jeśli ktoś już szperał w naszej twórczości, to dzisiaj ją odnajdzie, nieco zmodyfikowaną.
K.P: Na zakończenie, chciałam zadać jeszcze jedno pytanie. W Waszym utworze pt: „Lament” jest taki fragment: ,,To czego pragnąłem, było wcześniej”. Czego Wy teraz pragniecie, czego Wam życzyć?
CC: Czego nam życzyć? Chyba przede wszystkim tego, żeby to, co robimy od kilku lat nie poszło na marne i żebyśmy mogli robić to długo. I szczęśliwie (śmiech)
K.P : Zatem życzę Wam tego z całego serca.
Podobne wpisy:
